Witam wszystkich (ja, Pioter... ten co większość pisze na tym blogu) zainteresowanych tytułem i już śpieszę z wyjaśnieniem o co się rozchodzi. Oczywiście, jeśli nie wiadomo o co chodzi to chodzi o...
...TO ŻE "OBRONIŁEM" LICENCJATA!!!
Dlaczego "obroniłem"? Bo nie miałem żadnej obrony, tylko egzamin. Efekt ten sam, a nie musiałem się torturować pisaniem nudnej pracy dyplomowej o farmazonach, które nikogo nie interesują. W tej pierwszej części posta, po prostu chciałem podzielić się z Wami tą dobrą nowiną, albowiem pewien etap życia w końcu mam za sobą i jest się z czego cieszyć. W sumie to jest się jeszcze czym martwić, bo "studentowanie" dobiega końca i czas powoli myśleć co dalej z życiem... Ale na to jeszcze będzie czas! Teraz chwila cieszenia się wykształceniem wyższym...
Jakbyście pytali, to ukończyłem studia o kierunku "Zarządzanie" z lekkim skokiem w stronę "...w Służbach Mundurowych". Co potrafię po tych studiach? Otóż pozwólcie, że odpowiem soczystym "xD". No może nie jest tak źle, bo co nieco w głowie zostało, ale i tak w pewnym sensie niewiele po tych studiach umiem. Winne są temu dwa czynniki - ja i uczelnia - przy czym obie strony ponoszą równą odpowiedzialność za taki, a nie inny finał mojej wiedzy. Nazwy uczelni nie będę pisał, żeby tego nie "wyguglali" i nie robić im jakoś negatywnego wizerunku, a tak poza tym to widać na obrazku tytułowym.
![]() |
Pozowałem jeszcze z czyjąś pracą, bo podobno bez niczego jakoś tak głupio było xD |
Przejdźmy teraz do drugiej części posta, gdzie przedstawię to, jak wyglądało moje zmaganie się ze studiowaniem i dosłownie walczeniem (z mojej perspektywy) o wykształcenie wyższe - począwszy od ukończenia liceum. Ta... "ukończenia"... chyba "wysrania przez", a nie "ukończenia". Co jak co, ale gorzej chyba nie mogłem (albo "mogliśmy") trafić jeśli chodzi o liceum. Wraz z bratem, po gimnazjum nie odstawaliśmy zbytnio inteligencją od rówieśników, a nawet powiedziałbym, że byliśmy w czołówce najlepszych (głównie chodzi o matmę). Natomiast po liceum, tak się uwsteczniliśmy (głównie z matmy), że późniejszym efektem tego były spore problemy z jakimikolwiek przedmiotami ścisłymi. Dlatego, w moim przypadku, skutkiem tego było zmarnowanie 3 lat na próbie studiowania na polibudach. Pierwsze dwa lata próbowałem z "Elektrotechniką" na Polibudzie Lubelskiej, a później rok na "Energetyce" na Polibudzie Wrocławskiej. Dlaczego po pierwszej porażce nie odpuściłem sobie polibudy? Powodów jest kilka - chęć przepisania ocen z zaliczonych przedmiotów i skupienie się na pozostałych (których nie udało się zaliczyć, aczkolwiek później okazało się, że jest jeszcze ciężej), rówieśnikom jakoś się udawało, nie chciało się zawieść rodziców i ich wizji na "inżyniera" w rodzinie, pokazaniu sobie, że tym razem da się radę i takie tam. Ostatecznie skończyło się na uczelni na której studiował Paweł (wtedy udało mu się zaliczyć pierwszy rok) i dobry znajomy (który był o rok do przodu względem Pawła). Nie posiadając już ambicji i chęci na jakąkolwiek edukację, zdecydowałem się pójść tam gdzie brat z kolegą, bo jeżeli oni dają radę to i ja dam. No i rzeczywiście z czasem się okazało, że to dość łatwe studia. Z racji, że to uczelnia państwowa to nie było takiego nacisku u wykładowców, żeby ujebywać studentów. Nie to co na polibudach, gdzie pewna ilość studentów MUSIAŁA zesrać się w gacie i zapłacić za powtarzanie przedmiotu. Dobrym przykładem jest tutaj jeden z przedmiotów z Polibudy Lubelskiej, gdzie miało się do ogarnięcia dość łatwy (do ściągania) test/egzamin, a sam przedmiot był typowym zapychaczem. Większość ogarnęła se ściągi, ale byli i tacy (wśród tych co nie zaliczali przedmiotu) co wykuwali materiał na picuś glancuś. Był to test typu "prawda/fałsz" - miało się bazę pytań (co jest prawdą, a co fałszem) od samego wykładowcy i wystarczyło mieć ściągę z samymi "prawdami", aby sobie poradzić na tym teście. Ale w sumie to gówno prawda, bo nawet jak na pewniaka osiągnąłeś próg zaliczenia to i tak w dzień wyników okazało się, że gdzieś 1/3 studentów musi poprawiać. Wtedy na konsultacje do tego gościa szło od zajebania ludzi i chcieli się dowiedzieć jakim cudem nie zaliczyli, to wykładowca się oburzał i kazał wypierdalać za podważanie jego oceny. Także, kto chodził do polibudy ten w cyrku się nie śmieje... Chociaż sądzę, że na większości uczelni, odwalały się podobne rzeczy. Dobra... - wracając do studiów, które dzięki Bogu ukończyłem - było dość łatwo, a przedmioty typu "zapychacz" nie były czymś, co dało się ujebać (zazwyczaj za samą obecność było zaliczenie). Dość spoko było też w okresie pandemii i zajęć zdalnych, bo większość nieistotnych wykładów, czy zajęć miało się odpalonych gdzieś w tle i robiło się coś pożytecznego. Z kolei jak było do zrobienia jakieś bezsensowne zadanie to w miarę możliwości, pobierało się to co zrobili koledzy lub koleżanki, lekko się zmieniało, wysyłało i bajlando. Mimo wszystko, było też sporo rzeczy do których faktycznie jakoś trzeba było się pouczyć. Ogólnie, było też kilka nawet ciekawych zajęć - głównie z wojskowymi - gdzie oprócz prowadzenia wykładów, potrafili opowiadać o różnych ciekawych rzeczach z życia i służby. Większość z tych luźniejszych prowadzących miała świadomość "co to za uczelnia" i między wierszami się z niej nabijali. Najbardziej przejebane było z "planowaniem" (ci co układają rozkład zajęć), bo większość rzeczy dowiadywałeś się na ostatnią chwilę, a też jak nie spojrzałeś w plan w randomowym dniu to potrafiło się okazać, że jednak tych zajęć w planie nie ma, a ty niepotrzebnie przychodziłeś na uczelnię. Nie pamiętam czy już o tym wspominałem, ale przez te studia starałem się przejść po najniższej linii oporu - nie zależało mi na ocenach wyższych niż 3, a i tak średnia za całe studia wyszła mi jakoś lekko ponad 4. Natomiast jeśli chodzi o moją grupę z którą miałem nieprzyjemność studiować to tak... Większość była dość męcząca i niezbyt normalna. Co prawda, w czasie studiów z własnej woli byłem takim samotnym wilkiem, bo raz że introwertyk, a dwa że nie chciało mi się znowu przechodzić przez etap "imponowania innym poprzez gadanie o chlaniu". Czasami się zastawiałem, czy może jakoś nie zbliżyć się bardziej do tej grupy, ale w krótkim czasie pojawiał się jakiś "odpychacz" i było mi dobrze z takim stanem rzeczy jaki był. Nie mówię, że nie odzywałem się do nikogo ani słowem, bo akurat starałem się być dość otwartym i jeżeli pojawi się okazja do pogadania to gadałem... Po prostu nie chciałem się spotykać po uczelni na te ich chlańska pełne cringe'u i debilizmu. Bezinteresownie dzieliłem się ze wszystkimi jakimiś rzeczami, jakie udało mi się dostać od rocznika wyżej i tym samym ułatwiałem wszystkim zaliczanie przedmiotu. Za to, jak ja czegoś potrzebowałem, albo się pytałem to dostawałem gówno, albo jakieś "pierdnięcie", które niespecjalnie ułatwiało mi zadanie (a było w chuj widać, że dana osoba nie chce dać mi pełnej odpowiedzi, bo przecież za łatwo by dla mnie było). Sądzę, że głównym powodem takiego zachowania był brak integracji (czyt. chlania i pierdolenia o chlaniu) z grupą, aczkolwiek nie tak powinno to działać. Poza tym, w podobnej sytuacji był też inny kolega (wołali na niego "Seba"), który całkowicie nie był w stanie nawiązać dobrej relacji z grupą. Nie był on nie wiadomo kim nienormalnym, tylko widać było, że jest chłop nieśmiały i jak już coś mówił to bardzo cicho i niepewnie. Jego położenie było o tyle gorsze, że nie potrafił odpowiedzieć na zaczepki przez co "dał sobie wejść na głowę" i często sobie z niego żartowano - przeważnie były to dość żenujące "żarty", ale był jeden co nawet i mnie bawił... A mianowicie, ktoś z grupy śmieszkował, że pewnego razu Seba podejdzie do mnie (bo jak z nim gadałem to na poziomie) i mi powie, żebym jutro nie przychodził na uczelnię (wiecie... szkolny strzelec itd.). Także pod tym względem było to lekko zabawne, a tak to szkoda chłopa, bo nikomu nic kurwa nie robił, a klasycznie ktoś musiał się dowartościować. Wiedziałem, że ziomek jest w podobnej dupie co ja, więc jak coś udało mi się zdobyć na zajęcia to z dobrego serca mu przy okazji wysyłałem. W sumie to opiszę jeszcze 3 "grupy" osób. Pierwsza z nich to powiedzmy, że "normiki". Charakteryzowali się oni tym, że czasem spoko się z nimi pogadało, ale nie do tego stopnia, żeby w niedługim czasie chcieli jeszcze raz pogadać. Z nimi bywało różnie - czasami jak o coś się zapytałem lub poprosiłem to potrafili odpowiedzieć lub dać na luzie, a czasem to coś im chyba w dupę wlazło, bo udawali że nie widzą, że napisałem lub jak już mieli coś odpisać to tak wymijająco i nie precyzyjnie, że chuja się człowiek dowiedział. Kolejna "grupa" składająca się aż z jednego osobnika to "kujoni". Ziomek reprezentujący tą grupę, na zajęciach był dość męczący, bo bardzo często miał jakieś pytania, albo jak prowadzący zajęcia, zadał pytanie całej grupie to praktycznie nikomu nie dał dojść do słowa. Ja to tam miałem w dupie, ale innym ambitnym "normikom" to przeszkadzało, bo uciekały im jakieś plusy za aktywność, czy coś w tym stylu. Tak poza tym, to gość był spoko i na koniec studiów podzielał mój dystans do grupy, bo zauważył, że większość to zjeby. Na samym końcu, została nam wisienka na torcie, czyli grupa "śmieszków". Jeżeli myślicie, że na studiach nie ma kretynów z zachowaniem typowo gimnazjalnym to się mylicie. Mnie na szczęście się nie czepiali, ale jakbym był jak Seba to też bym pewnie doświadczał "inteligentnych" komentarzy w moją stronę. Głównym zachowaniem tej grupy osobników była beka z dosłownie kurwa wszystkiego. Ich styl bycia był typowo "cwaniaczkowaty" i tym samym irytujący. Bardzo często spamili zjebanymi zdjęciami lub cringe'owymi filmami na grupę naszego roku na messengerze - myślisz, że to coś istotnego, a to tylko 2h scroll'owania bezsensownego spamienia o chlaniu. Przez całe studia miałem nadzieję, że jakaś osoba z tej grupy nie zda (jak nie roku to chociaż jednego przedmiotu), ale jak to w życiu bywa - te gówno unosi się na wodzie. Jako pocieszenie było dla mnie to, że "cwaniaczek alfa" pewnego razu został lekko pobity po jednej z libacji alkoholowych. Proszę nie zrozumieć mnie źle - nie życzę nikomu kalectwa czy śmierci, bo to nie w moim stylu - gość po prostu dostał lekką nauczkę za swoje zachowanie (nie szkodliwą dla zdrowia).
![]() |
Trochę tych zdjęć sobie nacykałem ;D |
Także to by było na tyle, jeśli chodzi o moje "studiowanie" i rzeczy z tym związane. Teraz przejdziemy do tego jak wyglądał mój egzamin licencjacki. Tę opowieść zaczniemy od tego, jak miałem zacząć się uczyć (czyli jakieś 2-3 tygodnie przed egzaminem). Ogólnie to pod koniec roku akademickiego, grupa poobrażała się na siebie, bo jedni drugich oskarżali, że chujowo opracowali pytania na egzamin (każdy miał opracować jakieś pytanie i je wysłać, a było ich ogółem 30). Efektem tego było to, że na grupie był dostęp do (podobno) źle opracowanych pytań. Oprócz tego, miały być jeszcze opracowywane zadania (27 w sumie), ale do tego już nie doszło. W tym wypadku, postanowiłem napisać do kujona, aby się zmiłował i podzielił się tym co sam opracował, bo była większa szansa, że będzie to dobrze zrobione. Niestety kujon, w zamian za pytania i zadania zażądał forsy. Stwierdziłem, że sam się z tym nie wyrobię, a gość będzie miał to dobrze, więc zgodziłem się zapłacić za te gówno. Pytania kosztowały mnie 100 złotych, ale napisałem do Seby (bo był w podobnej sytuacji co ja) i zapłacił mi połowę tej ceny, a ja mu potajemnie wysłałem to co dostałem od kujona. Z zadaniami było trochę gorzej, bo na początku miałem przez pewien czas na nie poczekać, a jak już się o nie upomniałem to dostałem info od kujona, że jednak mi ich nie da, bo ci z którymi je robił, nie zgadzają się na udostępnienie ich mej osobie. W skrócie - skurwysyny. Na szczęście, jakoś po dniu, kujon postanowił odezwać się z zapytaniem czy dalej jestem zainteresowany zadaniami. Wspomniał, że w sumie to i tak musiał po tamtych sporo poprawiać, więc mają chuja do gadania. Chciał mi te zadanka sprzedać za trochę drożej niż pytania, bo ciężej było je ogarnąć. Licytacja skończyła się na kwocie 200 złotych i tak samo w tym przypadku, połowę tej ceny opłacił Seba. Po wszystkim została mi tylko nauka. Uczyłem się tego syfu praktycznie codziennie po południu i przed spaniem. W końcu nadszedł dzień mego sądu ostatecznego jeśli chodzi o studia i muszę przyznać, że byłem dość dobrze na to przygotowany. Dzień wcześniej, egzamin miała pierwsza część grupy w której między innymi był kujon i Seba. Dowiedziałem się od nich, że na wyjebce idzie dostać 5 i można świętować. Może kujonowi nie chciało mi się specjalnie wierzyć, ale z racji, że Seba był pod względem nauki podobny do mnie to byłem dość mocno przekonany o przyszłym zwycięstwie. Poza tym na ogólnej grupie mojego roku, każdy praktycznie pisał, że dostał 5, mimo że czasem nie było zbyt idealnie. Gdy wybiła moja godzina - elegancko się wystroiłem i pojechałem na uczelnię. Przede mną było parę osób z grupy, więc zdążyłem dowiedzieć się jak wygląda sytuacja i czy nadal jest spoko. Kolega po którym miałem wejść do sali z komisją egzaminacyjną, zdążył mi powiedzieć, że na jednym pytaniu się dość mocno potknął, ale na luzie mu coś podpowiedzieli, coś wydukał i koniec końców dostał 5. No i nadeszła moja kolej... Wszedłem do sali, przywitałem się, komisja wylosowała mi dwa pytania i dwa zadania - tak jak powinno być - i poszedłem do ławki, gdzie zacząłem przygotowywać się do odpowiedzi. Nie było źle, bo wylosowało mi dość łatwe pytania i zadania, więc ze wszystkiego mogłem coś powiedzieć. Jak już, to jedno pytanie trochę psuło mi humor, bo było związane z ekonomią, a w komisji była babka z ekonomii, a poza tym znałem tylko lekko ponad połowę odpowiedzi na to pytanie. Jednak patrząc na to, że praktycznie każdy zdawał na 5, niezależnie jak mu poszło to aż tak się tym nie stresowałem. Gdy już skończyłem pisać sobie notatki do gadania - podszedłem do komisji i zacząłem odpowiadać. Pierwsze pytanie poszło mi dość ładnie - babka zapytała się o jakieś dodatkowe coś, czego nie miałem w notatkach, ale było to na tyle na logikę, że odpowiedziałem poprawnie. Następnie przyszedł czas na drugie pytanie - te na które z grubsza odpowiedziałem, ale zabrakło paru farmazonów do wspomnienia. Tu niestety trochę próbowali mnie ciągnąć za język, ale raczej dobrze odpowiadałem. Mimo to, na twarzach komisji pojawił się jakiś zjebany niesmak. Jak kończyłem odpowiadać na te pytanie to babka z komisji zapytała mnie się czy chcę nie zdać. Złapałem wtedy krótkiego mindfuck'a, bo dobrze nie skończyłem odpowiadać na drugie pytanie, przede mną jeszcze dwa zadania, a tu już coś grożą niezdaniem... KURWA, CO JEST!? W tej sytuacji, zacząłem jeszcze trochę pierdolić na te pytanie, pokazując przy tym że się stresuję, aby usprawiedliwić moje braki wiedzy. Po tym padł komentarz w stylu "no nic... może przy zadaniach jakoś się rozkręci". Pfff... No i przy zadaniach już nie było żadnych pytań, tylko "mhm", "yhy", "ok" i tak dalej. Oczywiście jak nie ma pytań to jest zajebiście, bo temat wyczerpany. Po wszystkim poprosili, abym wyszedł przed salę i poczekał na wyniki. Biorąc pod uwagę opowieści ludzi z grupy, stwierdziłem, że może nie było najlepiej, ale i tak na pewno zdam i dostanę jakąś przyzwoitą ocenę. Chwilę poczekałem, opowiadając w międzyczasie kolegom i koleżankom z grupy jak mi poszło, aż w końcu poprosili mnie do sali. Jak wszedłem, wszyscy z komisji wstali i z bananami na mordzie zaczęli gadać... "Z wielką przyjemnością, pragniemy panu oznajmić, że ZDAŁ pan egzamin licencjacki na ocenę 3,5...". No ja pierdolę... Wtedy się we mnie wewnętrznie zagotowało. No, ale podziękowałem komisji, uściskując każdemu dłoń i wyszedłem z sali. Potem jeszcze chwilę pogadałem z grupą i poszedłem do mieszkania. Po drodze oczywiście kurwiałem pod nosem za tą ocenę jaką dostałem, bo było to dość niedorzeczne. Jak raz postanowiłem zacząć wcześniej się uczyć, aby zakończyć studia z przytupem, a tu kurwa taka niespodzianka. Jeszcze jakbym większości na tym egzaminie nie był w stanie powiedzieć to bym jeszcze zrozumiał, a tak to dostałem taką ocenę jaką daliby z litości, abym zdał, plus pół oceny, żaby mnie pocieszyć. Może i nie wiecie jak to z boku faktycznie wyglądało, ale wierzcie mi, że zaistniała tu wyjebana niesprawiedliwość. Sam nie oczekiwałem "5", bo faktycznie się potknąłem na drugim pytaniu, ale patrząc na relację grupy i to jak mi przede wszystkim poszło to sam sobie dałbym "4", albo "4,5" kurwa. Skąd te jebane "3,5" im się wzięło? Jakbym był roszczeniowy to bym się na 100% przyjebał o tak niską ocenę. Nie wiem... Może wyglądałem na takiego co nic nie wie, czy co? Nie mam pojęcia, ale tej niesprawiedliwości nigdy kurwa nie zapomnę. Fajnie, że mam licencjata, ale jakbym jeszcze dostał go w sprawiedliwy sposób to by było super.
Tutaj skończymy tą wspaniałą opowieść. Jak widać, jest się z czego cieszyć, ale jakim kosztem... Nie poszło tak jakbym chciał z tym egzaminem końcowym, ale mówi się trudno. Ważne, że teraz mogę próbować ze studiami II stopnia (czyli magisterka). Mam nadzieję, że chociaż to ładnie mi pójdzie (o ile pójdzie). Dzięki, jeżeli ktoś wytrwał do tego końca, a teraz zachęcam do pisania mi gratulacji. Nie no, żartuje... Ale daj ktoś znać jak dotrwał do końca.
![]() |
Mem autorstwa mojej dziewczyny xD |
Jakby co to już >ZOSTAŁEM MAGISTREM< ;P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz